Skarpety Nordhorn – NH 4W Trekking Merino

28 maj

Chciałbym napisać kilka słów o skarpetach, które niewątpliwie są bardzo ważnym elementem górskiego ekwipunku. Jakiś czas temu postawiłem na przetestowanie skarpet marki Nordhorn model NH 4W Trekking Merino Wool. Wcześniej, przyzwyczajony do wełnianych skarpet na letnie i zimowe przygody, przeszedłem kolejny krok wtajemniczenia.

Opisywane skarpety wykonane są w 60% z włókna Merino Wool. Z założenia materiał ten ma gwarantować bardzo dobrą izolację cieplną. Dodatkowo, wykorzystanie technologii Coolmax, której głównym zadaniem jest zapewnienie odpowiedniej wentylacji ciała, stanowić ma o bardzo dobrej jakości skarpet.

Jeśli chodzi o testowanie skarpet, to nie mogę zgłosić żadnych zastrzeżeń, co do zastosowanej przy ich produkcji technologii. Nawet po bardzo długim i intensywnym marszu skarpety pozostały suche, co pozytywnie mnie zaskoczyło. Ponadto, obok dobrej oddychalność, skarpety zapewniły bardzo dobrą ochronę przed utratą, tak cennego podczas zimowych wędrówek, ciepła.

Sama budowa skarpet również zasługuje na krótkie opisanie. Po pierwsze – bielizna miejscami wzmocniona jest tkaniną frotte, co niewątpliwie zwiększa wytrzymałość skarpet, nadając im jednocześnie odpowiedniej miękkości. Poza tym skarpety dobrze dopasowują się do stopy, dzięki elastycznym ściągaczom. Co równie ważne – podczas wędrówki skarpety nie uwierały mnie ani nie gniotły w żadnym miejscu na szwach, co niejednokrotnie zdarzało mi się wcześniej.

Prezentowany model miałem okazję testować w warunkach zimowych, podczas jednej z wypraw w Tatry. Jak dla mnie zdały egzamin, szczególnie podczas podejścia na Przełęcz Zawrat, przy dość niskiej temperaturze. Nawet po kilku godzinach marszu w rakach, które wyjątkowo męczyły stopy, nie mogłem narzekać.

Tagi: , , , ,

Peak District: Mam Tor 517 m n.p.m.

18 maj

Po kilku deszczowych weekendach w końcu sprawdzony, internetowy serwis pogodowy zapowiadał wyśmienitą aurę. Od dawna upatrzonym celem był wypad do jednego z angielskich parków narodowych – Peak District. Tak bardzo spragniony byłem kolejnego wypadu w góry, że postanowiłem zakosztować chociaż ich namiastki, w samym centrum Anglii.

Namawiając żonę na niedzielną wycieczkę cały czas mówiłem Peak District to, Peak District tamto. Że góry, jeziora i wszechobecna zieleń. Prawda – tego wszystkie każdy turysta może doświadczyć, ale tutaj atrakcje rozrzucone są na powierzchni blisko 1400 km²… W sobotę, a więc dzień przed wyjazdem, zreflektowałem się, że dobrze byłoby jednak coś zaplanować. Na stronie parku znaleźć można całkiem sporo informacji o dostępnych trasach rowerowych, spacerowych, aktualnych wydarzeniach na terenie parku czy innych atrakcjach. Po dość gruntownym przekopaniu zasobów serwisu dotarłem w końcu do kilku gotowych już propozycji wędrówek. Wszystkie z nich zapowiadały się interesująco, ale tylko jedna miała w tytule „Mountain”. Więcej mi nie trzeba było. Krótkie zapoznanie się z opisem szlaku, rzut oka na mapę, obliczenie czasu oraz kosztów wyjazdu i decyzja podjęta. Skoro świt wyjeżdżamy!

Miejscem, z którego mieliśmy się udać na wędrówkę była malownicza wieś Castleton, położona w sercu parku Peak District. Większą część trasy pokonaliśmy autostradą – a więc szybko i bez żadnych szczególnych widoków. Dopiero od miasta Chesterfield zaczęła się przygoda – dotychczasowy krajobraz zajęły wąskie i kręte drogi, które ciągnęły się, aż do samego Castleton. Do pokonania mieliśmy kilka podjazdów o mniejszym bądź większym nachyleniu, a każdy wyjazd na „górkę” dostarczał niezapomnianych widoków.

Po przekroczeniu znaku informującego o wjeździe na teren parku, towarzyszyły nam jedynie rozległe, zielone pola, miejscami usłane brązowymi, jakby wypalonymi plamami. Dopiero po kilku kilometrach droga zaczęła schodzić do rozległej doliny, otoczonej widocznymi, aż po horyzont wzgórzami.

Po wjeździe do Castleton postanowiliśmy zostawić samochód na parkingu, tuż obok biura informacji turystycznej. Z tego bowiem miejsca, według przewodnika internetowego, zaczynała się nasza trasa.

Na wprost parkingu spoglądał na nas kawałek historii – ruiny średniowieczne Peveril Castle z wieżą warowną i murami obronnymi (a raczej ich fragmentami). Na prawo z kolei, nad miastem górował Mam Tor (517 m n.p.m.) – główny cel naszej niedzielnej wędrówki. Obrana przez nas trasa biegła jednak nieco „na około”. Bez zbędnego pośpiechu, podążając za drogowskazem i grupką turystów, ruszyliśmy w kierunku wąwozu Cave Dale.

Północna część tego wąskiego, otoczonymi wysokimi, łagodnymi zboczami odcinka miała swój początek właśnie w Castleton. Droga prowadząca dnem wąwozu delikatnie wznosiła się wraz z pokonywaną odległością. W pewnym momencie, po prawej stronie wyłoniły się mury Peveril Castle, a za plecami zaczęły pojawiać się wiejskie zabudowania. Malownicza sceneria, doskonale oddająca klimat średniowiecznych opowieści o rycerzach, tylko zachęcała nas do dalszej wędrówki. Pokonanie Cave Dale dostarczyło nam wiele pozytywnych emocji. Już wtedy nie mieliśmy żadnych wątpliwości – podjęliśmy jak najbardziej słuszną decyzję wybierając tą trasę.

Po 15 – 20 minutowym spacerze dotarliśmy do drewnianej furtki i rozwidlenia szlaków. Na prawo ścieżka prowadziła do Peveril Castle, natomiast na wprost droga delikatnie pięła się wzdłuż kamiennego murku. Idąc przed siebie, mijani przez kilku turystów, dotarliśmy po kilkunastu minutach do kolejnej drewnianej furtki, ulokowanej między kamiennymi murkami. Nie widzieliśmy jeszcze, że takie zmyślne, drewniane drzwiczki spotkamy jeszcze kilkanaście razy. Co ciekawe – system ich otwierania był czasem nieco skomplikowany i musieliśmy się nagłowić, jak przekroczyć te „magiczne wrota”, służące zapewne jako zabezpieczenie, aby owce nie po uciekały.

W pewnym momencie wędrówki nieco zwątpiłem, czy aby poszliśmy w dobrym kierunku. Mam Tor zniknął nam z pola widzenia i czułem, że „nieco” oddalaliśmy się od szczytu. Przed nami roztaczał się zielony bezkres. Pastwiska, kamienne murki i wszechobecne owce. Duże, małe, białe i czarne, a nawet oznaczone niebieskim czy żółtym sprayem. Spacerowały spokojnie, nie zważając na przewijających się turystów. W pewnym momencie moją uwagę zwróciło kilka czarnych „głazów”, oddalonych jakieś 100 metrów od nas. Wielkie kamienie nie pasowały mi do tego krajobrazu i postanowiłem zbadać temat. Jednak po zrobieniu zaledwie kilkunastu kroków, kamienie zamieniły się w bydło rogate, leniwie skubiące trawę. A taki byłem zaintrygowany…

Po wyjściu z doliny na otwarty, niczym nie osłonięty teren, szybko pożałowałem, że nie zabrałem z sobą grubszego polara. Cienki fleece i kurtka przeciwdeszczowa nie gwarantowały odpowiedniego komfortu termicznego. Pozytywnie nastawieni na niedzielną wędrówkę, maszerowaliśmy jednak raźnie, nie robiąc sobie nic z zimnego wiatru i, przewijających się nad naszymi głowami, deszczowych chmur.

Kolejna furtka okazała się nie do pokonania metodą „otwórz – przejdź – zamknij” i musieliśmy skorzystać z obejście „górnego”. Na szlaku zrobiło się już nieco gęściej i to był znak, że idziemy w dobrym kierunku. Powoli, z zza wzniesienia po prawej stronie zaczął wynurzać się także Mam Tor. Dalsza część drogi, aż do podejścia na wzgórze, przebiegała spokojnie. Im bliżej szczytu tym więcej turystów pojawiało się w naszym polu widzenia. Także pogoda stawała się bardziej klarowna, co dawało nam nadzieję na ciekawe widoki z góry. Spokojnym tempem, nie robiąc żadnych przystanków, szliśmy przed siebie delektując się niecodziennymi widokami.

Wejście na szczyt Mam Tor nie przysporzyło nam kompletnie żadnych trudności. Łagodnie wznosząca się ścieżka i roztaczające się z niej widoki, dostarczały nam kolejną dawkę pozytywnych wrażeń. Idąc w kierunku szczytu, po lewej stronie, rozciągała się panorama na pobliską wieś Edale. Właśnie w tym miejscu, w zasadzie w samym sercu parku Peak District, rozpoczyna się pierwszy w Wielkiej Brytanii długodystansowy szlak turystyczny – Pennine Way. Jego łączna długość wynosi blisko 430 km. Na prawo z kolei mogliśmy zobaczyć Castleton i praktycznie całą trasę, którą przeszliśmy.

Mimo że Mam Tor jest górą raczej niską, nawet jak na wyspiarskie warunku, to siła wiatru tego dnia nie zachęcała do dłuższego postoju. Kilka pamiątkowych fotografii i ruszyliśmy w kierunku Castleton.

Zejście ze wzgórza dostarczyło nam tyle samo pozytywnych wrażeń, co samo podejście. Schodząc w kierunku Castleton, szlak biegł nieco ostrzej w dół. Dodatkowo, wrażenie potęgowała ponad 60 metrowa ściana klifu, pionowo opadająca do doliny. Stojąc od strony klifu Mam Tor prezentował się całkiem imponująco i sprawiał wrażenie naprawdę masywnej góry. Po wpisaniu w wyszukiwarce grafiki google słów Mam Tor pojawiło się zdjęcie, przedstawiające widok z lotu ptaka. Z takiej perspektywy dopiero zobaczyłem, że płaski wierzchołek tej góry jest całkiem rozległy i na pewno zmieściłaby się na nim całkiem okazała, średniowieczna warownia. Taka mała dygresja.

Jako, że godzina była jeszcze wczesna, a główny punkt niedzielnego programu mieliśmy już za sobą, postanowiliśmy zwiedzić jeszcze jedną z pobliskich jaskiń. Wybór padł na Blue John Cavern. Ponad półgodzinne zwiedzanie z przewodnikiem okazało się całkiem sympatycznym zakończeniem dnia.

W drodze powrotnej do Castleton mogliśmy nacieszyć jeszcze oczy widokami majestatycznych klifów, wyłaniających się z delikatnych, sprawiających wrażenie wiecznie zielonych wzgórz.

Pierwsza odsłona Peak District za nami. Po niedzielnej rozgrzewce szlakiem „Shivering Mountain” czas na kolejne planowanie ;)

Strony, z których korzystaliśmy planując wycieczkę do Peak District:

http://www.peakdistrict.gov.uk/

http://www.visitpeakdistrict.com/

Trasa, którą pokonaliśmy wynosiła ok. 10 km.

Tagi: , , , , , , ,

Tramposfera zaskakuje. Po raz kolejny!

17 maj

Zestawienie podróżniczych relacji, podczas ostatniego przed wakacjami spotkania, prezentuje się wyśmienicie. Trekking na północy Tajlandii, wyprawa na Makalu 8463 m n.p.m. oraz tajemnicza Wenezuela – niezapomniane wrażenia gwarantowane. Gorąco polecam i serdecznie zapraszam na VI edycję Tramposfery 28 maja o godzinie 18.30 we wrocławskiej Mleczarni. Wstęp free.

Link do programu.

Tagi: , , , , , ,

Samotność na Zawracie c.d.

1 maj

Zdecydowaliśmy się na zejście nieco „na pamięć”, tak jak przebiega szlak letni. Okazało się to jednak szalenie trudne. Dość strome nachylenie stoku w połączeniu z „betonową pokrywą” sprawiało, że droga w dół przypominała spacer dachem gotyckiej katedry. Wystarczy zobaczyć, jak w letniej odsłonie wyglądają zbocza opadające do Dolinki pod Kołem… Ponadto, jako, że jestem osobą praworęczną, nie potrafię operować czekanem trzymając go w lewej ręce. Nie czuję się wtedy pewnie, bezpiecznie. Hm, nie ufam po prostu swojej lewej ręce ;) Mogło to wyglądać nieco komicznie, bo schodząc w dół, pętle miałem nałożoną na prawą rękę, a czekan trzymałem w lewej, czyli od strony stoku. W razie „W”, gdybym się poślizgnął i sunął w dół, może miałbym jakąś szansę złapać czekan z powrotem w prawą dłoń i zaliczyć szczęśliwe wyhamowanie. Teraz mogę się z tego śmiać. Wtedy miałem raczej nietęgą minę.

Szliśmy w odległości około 15 – 20 metrów od siebie, w całkowitym milczeniu. Zejście wymagało dużego skupienia, tym bardziej, że byliśmy niesamowicie zmęczeni. Przez cały czas nerwowo się rozglądałem, patrząc góra – dół, dół – góra w poszukiwaniu jakiś widocznych śladów turystów. Gdzieniegdzie niewyraźnie majaczyły jedynie odciski po czyiś rakach, jednak nie dodawało nam to szczególnie otuchy. Mniej więcej na wysokości Przełęczy Schodki (2085 m n.p.m.), dotarliśmy do miejsca, w którym z góry, od strony Małego Koziego Wierchu (2226 m n.p.m.) dobrze widoczne były ślady kilku par raków, prowadzące dalej w dół, w obranym przez nas kierunku. „Podpięliśmy się” pod lekko zaznaczony już szlak i z nieco większą dawką optymizmu, jednak wciąż ostrożni, kontynuowaliśmy zejście. Na tym odcinku, zanim dotarliśmy do końca Dolinki Pod Kołem, stok zrobił się na tyle stromy, że schodziliśmy tak jak po drabinie – tyłem, asekurując się czekanem i wbijając atakujące zęby raków. Nieco przekopana już zejściami pokrywa śniegu zachęcała do tego, aby skorzystać z opcji „dupo zjazd”. Wierzcie mi, że było to bardzo kuszące rozwiązanie, dlatego postanowiliśmy nieco spróbować. Jednak im bardziej poddawaliśmy się pędowi, tym mocniej sypka, jak się okazało pokrywa śnieżna wciągała nas – a to stopę, a to udo czy rękę. Pomimo zmęczenia jednogłośnie postanowiliśmy, że to nie jest dzień na zabawę i lepiej poświęcić więcej czasu, ale bezpiecznie dotrzeć do celu.

Nieco odetchnęliśmy, kiedy w końcu dotarliśmy w rejon Wyżniego Soliska. Jednak to, o czym marzyliśmy to jak najszybciej wydostać się z lodowego pola, którym usłana była „5”. W kierunku Schroniska w „5” maszerowaliśmy na „autopilocie”. Gregor był już tak zmęczony, że kilkukrotnie zapomniał się i przejechał rakiem po bucie. Trudne – ale wykonalne ;) O skali zniszczenia „magicznego obuwia” przekonał się dopiero późnym wieczorem. Straciłem nieco rachubę czasu, ale mniej więcej w miejscu, gdzie czarny szlak odbija na Kozią Przełęcz, zauważyliśmy pierwszego człowieka. Jednak tak szybko, jak się pojawił – tak szybko zniknął. Fatamorgana? Nie czas i nie miejsce, aby zastanawiać się nad tym. Myślę, że raczej zwidy spowodowane całodniową wędrówką ;)

W pełni zmobilizowani, już ostatnimi siłami dopełzliśmy do schroniska, które tętniło życiem. Adepci szkolenia lawinowego, TOPRowcy i pies ratowniczy – ruch na całego. Nie wiem, ile czasu spędziliśmy w schronisku, ale powoli robiło się już szaro, kiedy zdecydowaliśmy, że czas na ostatni tego dnia wysiłek – przejście Doliny Roztoki. Jednak kolejnym wyzwaniem dnia okazało się nieco karkołomne zejście do Roztoki zimowym szlakiem z „5”. Szlak odbija za schroniskiem na lewo, w dół i prowadzi do miejsca, z którego transportuje się żywność do schroniska. Strome zejście całkiem solidnie dowaliło moim stawom kolanowym… Jaka więc była ulga, kiedy na płaskim już terenie mogliśmy, po blisko 8 godzinach, zdjąć na stałe raki. Przyszedł i czas na wykorzystanie czołówek, dzięki którym „pognaliśmy” przed siebie. Tym, co motywowało nas jeszcze do marszu była wizja czekającego busika w Palenicy Białczańskiej. Ostatni odcinek tego dnia przebyliśmy jednak w nieco wisielczym nastroju, ponieważ coraz bardziej oddalała się wizja złapania busa – napotkany adept szkolenia lawinowego poinformował nas, że o tej porze na pewno nic nie złapiemy.

Wielką nagrodą za podjęty tego dnia wysiłek i trud wędrówki był właśnie wspomniany adept, który bez najmniejszego zastanowienia stwierdził, że podrzuci nas do Zakopanego. W tym miejscu raz jeszcze wielkie podziękowania dla tajemniczego nieznajomego.

Patrząc na mapę, wydaje mi się, że trasa, którą przeszliśmy była całkiem długa i mogła na prawdę zmęczyć. Nawet latem. Zimowa odsłona opisanego szlaku dała nam jednak w kość bardziej niż przypuszczaliśmy. To dobrze, bo jest o czym pisać na blogu, jest co wspominać po tych paru miesiącach. I co najważniejsze – zdobyłem kolejne, bezcenne doświadczenie, którym mogę się podzielić.

Przepraszam, że z zejścia zamieściłem tak mało zdjęć. Jednak zmęczenie skutecznie hamowało moje fotograficzne zapędy.

Tagi: , , , , , , , , ,

Samotność na Zawracie

29 kwi

Na Przełęczy Zawrat (2159 m n.p.m.) stawałem już wielokrotnie. Zawsze z kimś. Nigdy zimą. Ostatnim razem na tej popularnej przełęczy byłem na początku września 2011 roku, ze Stasiem i Luckym 1. Długo zbierałem się do opisania tamtej wyprawy i zebrać się nie mogłem. Pewnie dlatego, że kontuzja kolana, która mi się odnowiła po przejściu trasy Gąsienicowa – Zawrat – Świnica – Świnicka Przełęcz – Gąsienicowa, dość intensywnie przypominała mi o towarzyszącym tego dnia bólu. Nie ma co ukrywać – wtedy było świetnie. Doborowe towarzystwo, inteligentne rozmowy i pseudonaukowe wywody na trasie z serii „Czy kciuk to też palec?” i znakomita pogoda. Na szerszy opis nie zdobyłem się jednak. Przepraszam „chłopaki”. Poniżej podrzucam kilka zdjęć żeby pokazać jak było wtedy. To tak dla kontrastu i zbudowania atmosfery napięcia, spotęgowania wrażeń wokół wejścia, które odbyłem na początku marca 2012 roku.

Trudne zadanie przede mną. Nie chciałbym swoim opisem w żaden sposób przekoloryzować tego wejścia, z drugiej jednak strony zależy mi, by jak najpełniej przekazać swoje wrażenia. Spróbuję, do roboty więc.

Lepszej pogody i warunków do wejścia na Zawrat nie mogliśmy sobie wymarzyć. Po czterech dniach niepewności w końcu nastała lawinowa „jedynka”, a pogodę na ten dzień zapowiadano idealną – znośny mróz i jak mróz to wiadomo, że piękna pogoda. Żeby zaoszczędzić trochę na czasie i siłach wybraliśmy wariant „na leniucha”. Wjazd kolejką na Kasprowy Wierch, zejście do Doliny Gąsienicowej i dalej przez Czarny Staw Gąsienicowy ku przygodzie.

Zanim dotarliśmy do miejsca przy Murowańcu, gdzie szlak odbija w kierunku Zawratu, towarzyszyło nam dwóch turystów, którzy z dużym zainteresowaniem i nietypową ciekawością wypytywali się o sprzęt, który będzie im potrzebny na kolejne wyprawy w góry. Jako, że w Tatrach o tej porze byli pierwszy raz, a pogoda zachęcała do dalszych i wyższych wędrówek, z uporem próbowali zredukować swój dysonans w kwestii nieprzygotowania. Do tego szukali potwierdzenia w naszych słowach – czy można się wybrać tu i ówdzie bez czekana, a jak z czekanem to czy z rakami i takie tam. Broń Boże, daleki jestem od szydzenia z początkujących osób, zainteresowanych zimowymi wędrówkami. Jednak zanim porwałbym się na Świnicę, spróbowałbym najpierw swoich sił i sprzętu na coś znacznie bezpieczniejszego. Idziemy, bo idą wszyscy, to pierwszy krok do tragedii. No, ale koniec moralizowania.

Od Murowańca w kierunku stawu zmierzało całkiem sporo osób. Pomyślałem sobie, że pewnie jakaś część z nich uda się wyżej, np. na Zawrat. Jednak próżne moje nadzieje; wiedziałem, że oszukuję sam siebie. Tego dnia to Czarny Staw Gąsienicowy okazał się miejscem naprawdę obleganym – dostępny nawet w zimowych warunkach, oferujący zdumiewające widoki. Jeśli, więc latem ten rejon robi wrażenie, to co dopiero zimą. Szlak zimowy od Murowańca do stawu biegnie jednak trochę inaczej, niż naniesiony na mapę (bynajmniej tą, którą ja posiadam) wariant letni. Otóż ścieżka, która latem biegnie u stóp Małego Kościelca i na chwilę przed dojściem do stawu zaczyna na krótkim odcinku piąć się delikatnie w górę – zimą nie istnieje. Bynajmniej, nie do końca.

Mniej więcej na wysokości pomnika upamiętniającego śmierć Karłowicza (pomnika próżno było szukać przy ponad 2 metrach śniegu) szlak zbacza w dół, by następnie całkiem ostro piąć się w górę. Schodząc jeszcze niżej, Mały Kościelec wydaje się być jeszcze potężniejszy, niż z perspektywy letniego przejście. Po krótkim, acz nieco intensywnym wysiłku dotarliśmy do wypłaszczenia, które prowadziło już do samego stawu. Mając przed sobą Czarny Staw Gąsienicowy, a po prawej stronie Mały Kościelec, usłyszałem coś, co mocno wprawiło mnie w zdumienie. Słyszałem, jak pracują góry. Mam tu na myśli dźwięki zbliżone do tego, jakby góra miała się zaraz przemieścić. Zdaję sobie sprawę, że dla osób, które nie doświadczyły tego zjawiska, może to być nieco niezrozumiałe. Dla mnie natomiast było to niesamowite przeżycie – jakby góra miała się obudzić, podnieść i przejść dalej. Odgłosy trzeszczącej pokrywy lodowej, spadających brył lodu robiły niesamowite wrażenie. Do tego moja wyobraźnia zaczęła zbyt mocno pracować – widziałem już schodzącą w tym miejscu lawinę. Nie przychodził mi na myśl żaden wariant optymistyczny, więc przyśpieszyłem kroku, żeby jak najszybciej znaleźć się przy stawie.

Zimowy krajobraz w tym miejscu oferował, jak dla mnie, jeszcze mocniejsze wrażenia, niż jego wariant letni. Lód bezwzględnie pokrywał każdy skrawek terenu, nie dając szans na przebicie się ani kawałka skały, niesamowicie potęgował wrażenia. W takiej odsłonie góry stawały się jeszcze bardziej masywne, okazałe, piękne i … niebezpieczne. Wspaniała pogoda oraz biała szata kusiły jednak do dalszych i wyższych wędrówek…

W tym miejscu po raz drugi okazało się, że szlak, który latem prowadzi na około, brzegiem stawu, zimą nie był przetarty. Wąska wydeptana ścieżka biegła, a jakże – środkiem stawu. No tak, to „tylko” jakieś 600 metrów do przejścia i blisko 50 metrów głębokości pod nogami. Nie wiem na ile przejście stawem było bezpieczne. Teraz mogę się nad tym zastanawiać, wtedy po prostu poszedłem wydeptaną ścieżką, prosto przed siebie. Na stawie tego dnia było sporo osób. Adepci szkolenia lawinowego przy północnym brzegu, wspinające się osoby na jednej ze ścian masywu Kościelca i kilkanaście osób pokonujących staw wzdłuż, tak jak my. Wrażenie urozmaicał jeszcze widok na Kościelec oraz odgłosy, które wydawała z siebie góra. Echo, które niosły ze sobą spadające bryły lodu i pękający lód sprawiały wrażenie, że spokojna, majestatyczna góra zaraz się obudzi. Być może lód był wystarczająco gruby, żeby spokojnie przejść i dramatyczny opis tego odcinka jest nie na miejscu. Nie ukrywam jednak, że najadłem się trochę strachu. Nie po raz pierwszy tego dnia. Strach miał dopiero nadjeść.

Po przejściu stawu uświadomiłem sobie, że przyszedł czas na wzmożoną ostrożność. Pewnie złapałem czekan i ruszyłem dalej, ku przygodzie. Po lewej stronie swoją potęgę demonstrowały Granaty. Niesamowite wrażenie robiły cztery punkciki, trawersujące zachodni stok Grantów. To grupa skitourowców, którą mieliśmy okazję obserwować dość długo, wraz z osiąganiem wysokości. Imponujący widok – małe, czarne plamki, pnące się w pewnym momencie pionowo, przed siebie ku grani. Byłem pełen podziwu, ale bez cienia zazdrości skupiłem się na celu naszej wyprawy i uparcie maszerowałem dalej. Ten rodzaj wędrówki trudno było nazwać jednak marszem. Pokrywa śniegu była niesamowicie twarda. Gruby, kilkucentymetrowy lód, pod nim sypka warstwa śniegu i znowu lód. W żaden sposób nie przekoloryzuję, jeśli napiszę, że trafiliśmy na pokrywę twardą, jak „skała”, jakkolwiek to brzmi. Mijający nas turyści, którzy z uśmiechem schodzili w kierunku Czarnego Stawu Gąsienicowego, mówili, że powyżej Zmarzłego Stawu (1788 m n.p.m.) teren pokrywają „betonowe” płyty, poprzecinane długimi pęknięciami. Taki rodzaj pokrywy śnieżnej nie zwiastuje raczej nic dobrego, jednak nawet przy lawinowej „jedynce” głos rozsądku podpowiadał mi, że mimo stabilnej powierzchni, nie będzie łatwo.

Ostatni postój zrobiliśmy przy Zmarzłym Stawie. Uzupełnienie płynów plus czekolada miały pomóc nam w dotarciu na przełęcz. Przez kilkanaście minut delektowaliśmy się wręcz nienaturalną ciszą, obserwując kilka osób zmierzających ku przełęczy. Niczym nie zmącony spokój i chwilę kontemplacji zaburzył odgłos helikoptera TOPRu, kierującego się do doliny. Odgłos łopat silnika sprawiał wrażenie wirujących w zwolnionym tempie. Wydawało mi się, że czas stanął w miejscu, kiedy helikopter przemieszczał się w kierunku Koziej Dolinki, a odgłos silnika głucho odbijał się od otaczających nas masywów. Widok służb ratunkowych w tak bliskiej odległości raczej nie napawa dobrymi myślami. Tym bardziej, że helikopter wrócił po jakimś czasie kolejny raz. Prawdopodobnie doszło w tym rejonie to jakiegoś wypadku. Nie sprawdziłem tego jednak do tej pory.

Patrząc na wspinających się w kierunku przełęczy turystów, założyliśmy, że dobrym wynikiem będzie dojść na górę w ciągu 1,5h. Spod Zmarzłego Stawu wyruszyliśmy ok. 13.30. Pierwszy trawers zbocza Kościelca, opadającego w kierunku stawu, okazał się małym wyzwaniem. Całkiem ostro nachylony stok i twardy lód oferował nieostrożnemu turyście pełną niebezpiecznych wrażeń przejażdżkę. Po kilku minutach stanęliśmy jednak na wprost przełęczy, a pozostała droga wydawała się krótka i raczej prosta. Najtrudniejsze było jednak przed nami. Letni wariant szlaku na Zawrat biegnie lewą stroną Zawratowego Żlebu. Szlak w kształcie litery „s”, ubezpieczany licznymi łańcuchami, dostarcza pozytywną dawkę emocji i jest przyjemny do przejścia. Zimowa droga na przełęcz prowadzi natomiast środkiem żlebu. Nigdy nie pamiętam, z której strony podejście jest bardziej lawiniaste – czy od „5” czy z Gąsienicowej. Jednak droga usłana wielkimi, popękanymi lodowymi płytami ostro działała na wyobraźnie. Kiedy teren zaczął się wznosić ostrzej zorientowałem się, że przejście tego odcinka będzie trudniejsze niż zakładaliśmy. Dodatkowo szybko dotarło do mnie, że raki, w które wyposażyłem się na tą wycieczkę, nie były dostatecznie naostrzone. Gdyby tego było mało, moje „magiczne buty” zaczęły mnie nieznośnie obcierać i nie czułem się pewnie, wbijając w lód atakujące zęby raków. Narzekać natomiast nie mogłem na czekan, który od pierwszego wbicia spisywał się rewelacyjnie (dzięki chłopaki).

Brnąc dzielnie pod górę, oprócz twardej, lodowej skorupy, musieliśmy także uważać na toczące się w naszą stronę mniejsze i większe bryły, uwalniane przez turystów powracających z góry. Dwóch „spryciarzy”, którzy przełęcz mieli już za sobą, postanowiło przyśpieszyć swoje zejście i nie myśląc o nadchodzących z dołu, dzielnie zjeżdżali, hamując czekanami. Miałem pecha, bo trafiłem akurat na strumień lodowych „bryłek”, z których jedna, perfekcyjnie wycelowana, wybiła wbite chwilę wcześnie stylisko czekana z lodu. Nie siląc się na miłe słowa, wyjaśniłem „zdolnym turystom”, że w górach myślenie też obowiązuje.

Im dłużej szliśmy przed siebie, tym bardziej odległy wydawał się cel naszej wyprawy. Nieco demotywujące było to, że byliśmy ostatnimi osobami, które zmierzały w kierunku przełęczy. Wszyscy, którzy tego dnia chcieli wejść na Zawrat mijali nas, ostrożnie stawiając każdy krok. Ależ im zazdrościłem. Ocierający but i „niepewny krok” skutecznie wypompowały ze mnie spore zasoby energii. Im bardziej byłem zmęczony, tym trudniej było mi oszacować, jaki dystans jest jeszcze przed nami. Podejście nabierało stromości, a Gregor idący swoim tempem został nieco w tyle. Czas dłużył mi się niesamowicie. Dodatkowo, pokrywa lodu zaczęła o dziwo stawiać mniejszy opór rakom i częściej zapadałem się w sypką warstwę pod lodem. Zmieniłem nieco krok i zamiast wbijając atakujące zęby raków, zacząłem iść bokiem, przeplatając krok. Ostatnie kilkadziesiąt metrów, w miejscu gdzie żleb zwęża się do kilku metrów szerokości, przywitało mnie podłoże twarde jak skała. Ostatkami sił uparcie atakowałem lód, łupiąc czekanem z całych sił. Gregor znikł mi całkiem z oczu. Wiedząc, że prawdopodobnie jest bardziej zmęczony ode mnie, starałem się nawet wyrąbywać co jakiś czas stopnie, żeby ułatwić mu przejście tego ostatniego odcinka.

W końcu dotarłem na przełęcz. Była godzina 15.40. Normalnie w tym miejscu przesiaduje spora liczba osób. Dla każdego znajdzie się miejsce, żeby choćby przycupnąć. Jakież było moje zdziwienie, kiedy Zawrat wcale nie przypominał miejsca, które znam z letnich wycieczek. Skuty lodem wąski przesmyk oferował miejsce dosłownie dla kilku osób. A do tego to dziwne uczucie… Uczucie samotności. Jeszcze nigdy w górach nie czułem się tak samotny i nie miałem w sobie tyle wewnętrznego niepokoju. Przede mną rozciągało się wielkie pole lodowe „5”. Żadnych śladów zejścia w tamtym kierunku, żadnych ludzi w dole i do tego cień, który powoli zaczął pokrywać już dolinę. Na Gregora czekałem jeszcze jakieś 10 minut. Zamiast delektować się widokami, rozmyślałem nad najbezpieczniejszym wariantem zejścia. Jedyne widoczne ślady prowadziły na lewo, w kierunku Małego Koziego Wierchu i na prawo, ku Świnicy. W dole – nic. Perspektywa zejścia z powrotem do Dolny Gąsienicowej była jeszcze mniej zachęcająca. W końcu pojawił się Gregor. Rozdzieliłem ostatnie kostki czekolady i zadecydowałem, że trzeba się spiąć i zadbać o bezpieczny powrót. Nie było więc miejsca na odpoczynek. Do tego nie miałem nawet szansy na wykonanie zdjęć, bo aparat odmówił posłuszeństwa.

c.d. Już jutro

Tagi: , , , , , ,

Górskiej pasji nie ma końca

17 kwi

Ostatnio wpadłem na pomysł żeby zbierać “przypinki” związane z górami. Najprościej byłoby zacząć pewnie od kupna takiej dużej, okrągłej, najlepiej dostępnej na Krupówkach z napisem “I |serduszko| Tatry”. Idea kolekcjonowania naszła mnie jednak z nienacka, a do Zakopanego jest trochę daleko.

W niedziele byłem natomiast na targu staroci. Udało mi się namierzyć Pana, który obok całej masy sierpów, zardzewiałych gwoździ i maszyn do szycia, miał wyeksponowane – za małą szybką – kilka owych “przypinek”. A to Olimpiada w Moskwie, a to jakieś “przypinki” nawiązujące do ZSRR i jedna, która zainteresowała mnie szczególnie. Malutka, przedstawiająca 3 ostre szczyty, między którymi ulokowane zostały dwa tulipany. Góry zdobi kolor niebieski, kwiaty czerwony, a dopełenieniem całości jest napis “Фанские горы“. Leżąca w samotności, między pamiątkami z przeszłości, czekała pewnie na mnie. Szybkie oględziny, krótkie negocjacje i …. Kupione.

Kupno to jednak 1/3 drogi do sukcesu. Należało “odszyfrować” jeszcze ten język, który dla mnie jest niczym czytanie z runów czy odczytywanie sygnałów dymnych. A jako, że ominęła mnie możliwość nauki rosyjskiego, z pomocą przyszła mama. “Fanskie Gory” – zabrzmiała tajemnicza inskrypcja.

Przyznaję, że nigdy wcześniej nie spotkałem się z tą nazwą. Trochę próbowałem wyobrażać sobie, gdzie owe góry mogą się znajdować, ale w rezultacie nie przyszło mi do głowy nic sensownego. Pomocny okazał się Internet (a jak!). Z informacji do jakich dotarłem wynika, że góry te znajdują się w paśmie Zerawszan, które przebiega przez część zachodnią Tadżykistanu. Myślę, że temat tego prawdopodobnie najbardziej górzystego kraju Azji Centralnej oraz opis regionu Pamiru pozostawię osobom bardziej doświadczonym, a najlepiej tym, którzy osobiście poczuli atmosferę tamtych stron.

Po rozszyfrowaniu nazwy i przekopaniu zasobów sieci, przyszedł czas na odgadnięcie, które ze szczytów przedstawione zostały na “przypince”. Nie chciałem popełnić false startu i zwróciłem się z zapytaniem do jednej z federacji górskich z tamtego regionu. Ale minęło kilka dni, a odpowiedzi brak.

Zaryzykowałbym, że trzy szczyty przedstawione na “przypince” to prawdopodobnie najwyższe szczyty w opisywanych górach. Chimtarga (5487 m n.p.m.), Big Ganza (5306 m n.p.m.) oraz Bodkhona (5138 m n.p.m.). Nie mam oczywiście takiej pewności i może fantazja poniosła mnie zbyt daleko. Jednak jeśli ktoś ma doświadczenie lub wiedzę o rejonie, będę wdzięczny za dodatkowe informację. Jednocześnie zachęcam do zgłębiania tematu gór Azji Centralnej.

Tagi: , , , , , ,

5 odsłona Tramposfery

5 kwi

Święta, Święta, a po świętach – startuje kolejna, 5 już edycja Spotkań Podróżników TRAMPOSFERA. Dokładnie 11 kwietnia, w środę o godzinie 18.30 we wrocławskiej Klubokawiarnii Mleczarnia będziemy mogli poznać relacje podróżników z trzech wyjątkowych wypraw. Dla wszystkich zainteresowanych załączam link do programu wydarzenia. Mam nadzieje, że te krótkie zajawki rozbudzą Waszą ciekawość na tyle mocno, żeby przyjść i poczuć prawdziwą atmosferę tej imprezy. Mi pozostaje nadzieja na relację on – line (wiem wiem, chyba za dużo wymagam)…

Czas: 11 kwietnia 2012 roku
Miejsce: Klubokawiarnia Mleczarnia
Adres: ul. Pawła Włodkowica 5, Wrocław
Godzina: 18:30
Wstęp: wolny

Tagi: , , ,