Na Przełęczy Zawrat (2159 m n.p.m.) stawałem już wielokrotnie. Zawsze z kimś. Nigdy zimą. Ostatnim razem na tej popularnej przełęczy byłem na początku września 2011 roku, ze Stasiem i Luckym 1. Długo zbierałem się do opisania tamtej wyprawy i zebrać się nie mogłem. Pewnie dlatego, że kontuzja kolana, która mi się odnowiła po przejściu trasy Gąsienicowa – Zawrat – Świnica – Świnicka Przełęcz – Gąsienicowa, dość intensywnie przypominała mi o towarzyszącym tego dnia bólu. Nie ma co ukrywać – wtedy było świetnie. Doborowe towarzystwo, inteligentne rozmowy i pseudonaukowe wywody na trasie z serii „Czy kciuk to też palec?” i znakomita pogoda. Na szerszy opis nie zdobyłem się jednak. Przepraszam „chłopaki”. Poniżej podrzucam kilka zdjęć żeby pokazać jak było wtedy. To tak dla kontrastu i zbudowania atmosfery napięcia, spotęgowania wrażeń wokół wejścia, które odbyłem na początku marca 2012 roku.




Trudne zadanie przede mną. Nie chciałbym swoim opisem w żaden sposób przekoloryzować tego wejścia, z drugiej jednak strony zależy mi, by jak najpełniej przekazać swoje wrażenia. Spróbuję, do roboty więc.
Lepszej pogody i warunków do wejścia na Zawrat nie mogliśmy sobie wymarzyć. Po czterech dniach niepewności w końcu nastała lawinowa „jedynka”, a pogodę na ten dzień zapowiadano idealną – znośny mróz i jak mróz to wiadomo, że piękna pogoda. Żeby zaoszczędzić trochę na czasie i siłach wybraliśmy wariant „na leniucha”. Wjazd kolejką na Kasprowy Wierch, zejście do Doliny Gąsienicowej i dalej przez Czarny Staw Gąsienicowy ku przygodzie.

Zanim dotarliśmy do miejsca przy Murowańcu, gdzie szlak odbija w kierunku Zawratu, towarzyszyło nam dwóch turystów, którzy z dużym zainteresowaniem i nietypową ciekawością wypytywali się o sprzęt, który będzie im potrzebny na kolejne wyprawy w góry. Jako, że w Tatrach o tej porze byli pierwszy raz, a pogoda zachęcała do dalszych i wyższych wędrówek, z uporem próbowali zredukować swój dysonans w kwestii nieprzygotowania. Do tego szukali potwierdzenia w naszych słowach – czy można się wybrać tu i ówdzie bez czekana, a jak z czekanem to czy z rakami i takie tam. Broń Boże, daleki jestem od szydzenia z początkujących osób, zainteresowanych zimowymi wędrówkami. Jednak zanim porwałbym się na Świnicę, spróbowałbym najpierw swoich sił i sprzętu na coś znacznie bezpieczniejszego. Idziemy, bo idą wszyscy, to pierwszy krok do tragedii. No, ale koniec moralizowania.

Od Murowańca w kierunku stawu zmierzało całkiem sporo osób. Pomyślałem sobie, że pewnie jakaś część z nich uda się wyżej, np. na Zawrat. Jednak próżne moje nadzieje; wiedziałem, że oszukuję sam siebie. Tego dnia to Czarny Staw Gąsienicowy okazał się miejscem naprawdę obleganym – dostępny nawet w zimowych warunkach, oferujący zdumiewające widoki. Jeśli, więc latem ten rejon robi wrażenie, to co dopiero zimą. Szlak zimowy od Murowańca do stawu biegnie jednak trochę inaczej, niż naniesiony na mapę (bynajmniej tą, którą ja posiadam) wariant letni. Otóż ścieżka, która latem biegnie u stóp Małego Kościelca i na chwilę przed dojściem do stawu zaczyna na krótkim odcinku piąć się delikatnie w górę – zimą nie istnieje. Bynajmniej, nie do końca.

Mniej więcej na wysokości pomnika upamiętniającego śmierć Karłowicza (pomnika próżno było szukać przy ponad 2 metrach śniegu) szlak zbacza w dół, by następnie całkiem ostro piąć się w górę. Schodząc jeszcze niżej, Mały Kościelec wydaje się być jeszcze potężniejszy, niż z perspektywy letniego przejście. Po krótkim, acz nieco intensywnym wysiłku dotarliśmy do wypłaszczenia, które prowadziło już do samego stawu. Mając przed sobą Czarny Staw Gąsienicowy, a po prawej stronie Mały Kościelec, usłyszałem coś, co mocno wprawiło mnie w zdumienie. Słyszałem, jak pracują góry. Mam tu na myśli dźwięki zbliżone do tego, jakby góra miała się zaraz przemieścić. Zdaję sobie sprawę, że dla osób, które nie doświadczyły tego zjawiska, może to być nieco niezrozumiałe. Dla mnie natomiast było to niesamowite przeżycie – jakby góra miała się obudzić, podnieść i przejść dalej. Odgłosy trzeszczącej pokrywy lodowej, spadających brył lodu robiły niesamowite wrażenie. Do tego moja wyobraźnia zaczęła zbyt mocno pracować – widziałem już schodzącą w tym miejscu lawinę. Nie przychodził mi na myśl żaden wariant optymistyczny, więc przyśpieszyłem kroku, żeby jak najszybciej znaleźć się przy stawie.

Zimowy krajobraz w tym miejscu oferował, jak dla mnie, jeszcze mocniejsze wrażenia, niż jego wariant letni. Lód bezwzględnie pokrywał każdy skrawek terenu, nie dając szans na przebicie się ani kawałka skały, niesamowicie potęgował wrażenia. W takiej odsłonie góry stawały się jeszcze bardziej masywne, okazałe, piękne i … niebezpieczne. Wspaniała pogoda oraz biała szata kusiły jednak do dalszych i wyższych wędrówek…


W tym miejscu po raz drugi okazało się, że szlak, który latem prowadzi na około, brzegiem stawu, zimą nie był przetarty. Wąska wydeptana ścieżka biegła, a jakże – środkiem stawu. No tak, to „tylko” jakieś 600 metrów do przejścia i blisko 50 metrów głębokości pod nogami. Nie wiem na ile przejście stawem było bezpieczne. Teraz mogę się nad tym zastanawiać, wtedy po prostu poszedłem wydeptaną ścieżką, prosto przed siebie. Na stawie tego dnia było sporo osób. Adepci szkolenia lawinowego przy północnym brzegu, wspinające się osoby na jednej ze ścian masywu Kościelca i kilkanaście osób pokonujących staw wzdłuż, tak jak my. Wrażenie urozmaicał jeszcze widok na Kościelec oraz odgłosy, które wydawała z siebie góra. Echo, które niosły ze sobą spadające bryły lodu i pękający lód sprawiały wrażenie, że spokojna, majestatyczna góra zaraz się obudzi. Być może lód był wystarczająco gruby, żeby spokojnie przejść i dramatyczny opis tego odcinka jest nie na miejscu. Nie ukrywam jednak, że najadłem się trochę strachu. Nie po raz pierwszy tego dnia. Strach miał dopiero nadjeść.


Po przejściu stawu uświadomiłem sobie, że przyszedł czas na wzmożoną ostrożność. Pewnie złapałem czekan i ruszyłem dalej, ku przygodzie. Po lewej stronie swoją potęgę demonstrowały Granaty. Niesamowite wrażenie robiły cztery punkciki, trawersujące zachodni stok Grantów. To grupa skitourowców, którą mieliśmy okazję obserwować dość długo, wraz z osiąganiem wysokości. Imponujący widok – małe, czarne plamki, pnące się w pewnym momencie pionowo, przed siebie ku grani. Byłem pełen podziwu, ale bez cienia zazdrości skupiłem się na celu naszej wyprawy i uparcie maszerowałem dalej. Ten rodzaj wędrówki trudno było nazwać jednak marszem. Pokrywa śniegu była niesamowicie twarda. Gruby, kilkucentymetrowy lód, pod nim sypka warstwa śniegu i znowu lód. W żaden sposób nie przekoloryzuję, jeśli napiszę, że trafiliśmy na pokrywę twardą, jak „skała”, jakkolwiek to brzmi. Mijający nas turyści, którzy z uśmiechem schodzili w kierunku Czarnego Stawu Gąsienicowego, mówili, że powyżej Zmarzłego Stawu (1788 m n.p.m.) teren pokrywają „betonowe” płyty, poprzecinane długimi pęknięciami. Taki rodzaj pokrywy śnieżnej nie zwiastuje raczej nic dobrego, jednak nawet przy lawinowej „jedynce” głos rozsądku podpowiadał mi, że mimo stabilnej powierzchni, nie będzie łatwo.




Ostatni postój zrobiliśmy przy Zmarzłym Stawie. Uzupełnienie płynów plus czekolada miały pomóc nam w dotarciu na przełęcz. Przez kilkanaście minut delektowaliśmy się wręcz nienaturalną ciszą, obserwując kilka osób zmierzających ku przełęczy. Niczym nie zmącony spokój i chwilę kontemplacji zaburzył odgłos helikoptera TOPRu, kierującego się do doliny. Odgłos łopat silnika sprawiał wrażenie wirujących w zwolnionym tempie. Wydawało mi się, że czas stanął w miejscu, kiedy helikopter przemieszczał się w kierunku Koziej Dolinki, a odgłos silnika głucho odbijał się od otaczających nas masywów. Widok służb ratunkowych w tak bliskiej odległości raczej nie napawa dobrymi myślami. Tym bardziej, że helikopter wrócił po jakimś czasie kolejny raz. Prawdopodobnie doszło w tym rejonie to jakiegoś wypadku. Nie sprawdziłem tego jednak do tej pory.





Patrząc na wspinających się w kierunku przełęczy turystów, założyliśmy, że dobrym wynikiem będzie dojść na górę w ciągu 1,5h. Spod Zmarzłego Stawu wyruszyliśmy ok. 13.30. Pierwszy trawers zbocza Kościelca, opadającego w kierunku stawu, okazał się małym wyzwaniem. Całkiem ostro nachylony stok i twardy lód oferował nieostrożnemu turyście pełną niebezpiecznych wrażeń przejażdżkę. Po kilku minutach stanęliśmy jednak na wprost przełęczy, a pozostała droga wydawała się krótka i raczej prosta. Najtrudniejsze było jednak przed nami. Letni wariant szlaku na Zawrat biegnie lewą stroną Zawratowego Żlebu. Szlak w kształcie litery „s”, ubezpieczany licznymi łańcuchami, dostarcza pozytywną dawkę emocji i jest przyjemny do przejścia. Zimowa droga na przełęcz prowadzi natomiast środkiem żlebu. Nigdy nie pamiętam, z której strony podejście jest bardziej lawiniaste – czy od „5” czy z Gąsienicowej. Jednak droga usłana wielkimi, popękanymi lodowymi płytami ostro działała na wyobraźnie. Kiedy teren zaczął się wznosić ostrzej zorientowałem się, że przejście tego odcinka będzie trudniejsze niż zakładaliśmy. Dodatkowo szybko dotarło do mnie, że raki, w które wyposażyłem się na tą wycieczkę, nie były dostatecznie naostrzone. Gdyby tego było mało, moje „magiczne buty” zaczęły mnie nieznośnie obcierać i nie czułem się pewnie, wbijając w lód atakujące zęby raków. Narzekać natomiast nie mogłem na czekan, który od pierwszego wbicia spisywał się rewelacyjnie (dzięki chłopaki).


Brnąc dzielnie pod górę, oprócz twardej, lodowej skorupy, musieliśmy także uważać na toczące się w naszą stronę mniejsze i większe bryły, uwalniane przez turystów powracających z góry. Dwóch „spryciarzy”, którzy przełęcz mieli już za sobą, postanowiło przyśpieszyć swoje zejście i nie myśląc o nadchodzących z dołu, dzielnie zjeżdżali, hamując czekanami. Miałem pecha, bo trafiłem akurat na strumień lodowych „bryłek”, z których jedna, perfekcyjnie wycelowana, wybiła wbite chwilę wcześnie stylisko czekana z lodu. Nie siląc się na miłe słowa, wyjaśniłem „zdolnym turystom”, że w górach myślenie też obowiązuje.

Im dłużej szliśmy przed siebie, tym bardziej odległy wydawał się cel naszej wyprawy. Nieco demotywujące było to, że byliśmy ostatnimi osobami, które zmierzały w kierunku przełęczy. Wszyscy, którzy tego dnia chcieli wejść na Zawrat mijali nas, ostrożnie stawiając każdy krok. Ależ im zazdrościłem. Ocierający but i „niepewny krok” skutecznie wypompowały ze mnie spore zasoby energii. Im bardziej byłem zmęczony, tym trudniej było mi oszacować, jaki dystans jest jeszcze przed nami. Podejście nabierało stromości, a Gregor idący swoim tempem został nieco w tyle. Czas dłużył mi się niesamowicie. Dodatkowo, pokrywa lodu zaczęła o dziwo stawiać mniejszy opór rakom i częściej zapadałem się w sypką warstwę pod lodem. Zmieniłem nieco krok i zamiast wbijając atakujące zęby raków, zacząłem iść bokiem, przeplatając krok. Ostatnie kilkadziesiąt metrów, w miejscu gdzie żleb zwęża się do kilku metrów szerokości, przywitało mnie podłoże twarde jak skała. Ostatkami sił uparcie atakowałem lód, łupiąc czekanem z całych sił. Gregor znikł mi całkiem z oczu. Wiedząc, że prawdopodobnie jest bardziej zmęczony ode mnie, starałem się nawet wyrąbywać co jakiś czas stopnie, żeby ułatwić mu przejście tego ostatniego odcinka.


W końcu dotarłem na przełęcz. Była godzina 15.40. Normalnie w tym miejscu przesiaduje spora liczba osób. Dla każdego znajdzie się miejsce, żeby choćby przycupnąć. Jakież było moje zdziwienie, kiedy Zawrat wcale nie przypominał miejsca, które znam z letnich wycieczek. Skuty lodem wąski przesmyk oferował miejsce dosłownie dla kilku osób. A do tego to dziwne uczucie… Uczucie samotności. Jeszcze nigdy w górach nie czułem się tak samotny i nie miałem w sobie tyle wewnętrznego niepokoju. Przede mną rozciągało się wielkie pole lodowe „5”. Żadnych śladów zejścia w tamtym kierunku, żadnych ludzi w dole i do tego cień, który powoli zaczął pokrywać już dolinę. Na Gregora czekałem jeszcze jakieś 10 minut. Zamiast delektować się widokami, rozmyślałem nad najbezpieczniejszym wariantem zejścia. Jedyne widoczne ślady prowadziły na lewo, w kierunku Małego Koziego Wierchu i na prawo, ku Świnicy. W dole – nic. Perspektywa zejścia z powrotem do Dolny Gąsienicowej była jeszcze mniej zachęcająca. W końcu pojawił się Gregor. Rozdzieliłem ostatnie kostki czekolady i zadecydowałem, że trzeba się spiąć i zadbać o bezpieczny powrót. Nie było więc miejsca na odpoczynek. Do tego nie miałem nawet szansy na wykonanie zdjęć, bo aparat odmówił posłuszeństwa.
c.d. Już jutro
Dodaj do ulubionych:
Bądź pierwszą osobą, która doda ten wpis do listy ulubionych.
Tagi: Czarny Staw Gąsienicowy, Kościelec, Murowaniec, szlak na Zawrat, Tatry zimą, Zawrat, Zmarzły Staw