WWW.DOKADNOGIPONIOSA.PL

4 Sier

Po ponad 3 latach blogowania w przestrzenii, jaką oferował WordPress, podjąłem decyzję o „przejściu na swoje”. Tymsamym prezentowny blog został przeniesiony pod dedykowany adres www.dokadnogiponiosa.pl. Nowa odsłona strona to jeszcze więcej wpisów, częstsze aktualizacje, a także design i funkcjonalość. Zapraszam serdecznie do odwiedzin. Pozdrawiam i do zobaczenia!

www.dokadnogiponiosa.pl

Radek na tropie Tatr / part 1

10 Sty

Na rozruch postanowiliśmy przejść się do Schroniska Murowaniec w Dolinie Gąsienicowej, z lekką nadzieją na podejście w stronę przełęczy Zawrat. Z Kuźnic, z dwóch popularnych szlaków dojścia do Doliny Gąsienicowej, wybraliśmy wariant przez Dolinę Jaworzynki. Cała pogrążona we mgle, z majaczącymi przy głównej drodze drewnianymi domkami, sprawiała nieco mroczne wrażenie. W tym momencie łamię sobie głowę, jak w atrakcyjny sposób opisać przejście Doliny Jaworzynki tego dnia. Niestety nie mogę nic wymyślić. W zasadzie mógłbym zacząć się rozpisywać nad gęstością mgły i wilgotnością powietrza…zakładam jednak, że nie ma to sensu.

W drodze do Murowańca

Do Przełęczy Między Kopami (1499 m n.p.m.) miałem jeszcze nadzieję, że tam „wyżej” nieco się rozpogodzi. Pogoda nie była jednak łaskawa. Do schroniska Murowaniec dotarliśmy bez większych emocji, nie wspominając już nawet o widokach.

W tym miejscu muszę przyznać, że w swoich dotychczasowych wędrówkach schroniska traktowałem bardzo przedmiotowo, tzn. były one zawsze miejscem na szybką regenerację sił i dalej w drogę. Nigdy nie lubiłem rozsiadać się przy drewnianych stołach i delektować klimatem obiektu. Może brzmi to trochę arogancko, ale tak było. Tymczasem podczas opisywanego wyjścia spędziliśmy w Murowańcu blisko 5 h! Najbardziej dołujący dla mnie był fakt, że z Murowańca droga w wyższe partie Tatr stoi otworem, jednak przy zastanych warunkach pogodowych cierpiałem, nie mogąc usiedzieć na miejscu.

Kiedy pierwsza złość minęła i zdążyłem trochę ochłonąć, zacząłem rozglądać się nieco więcej po obiekcie. Mimo że w Murowańcu byłem już dobre kilkanaście razy, nigdy nie zwracałem uwagi na detale znajdujące się w jego wnętrzu. Stare szkice zawieszone w ramkach na ścianach, rzeźbione belki pod sufitem, żyrandole, wszystko to sprawiało, że po każdej godzinie coraz bardziej „wczuwałem się” w klimat schroniska. A do tego choinka! Duża, rozłożysta, z lampkami błyskającymi nieśmiało. Lubię to! (pisząc językiem facebookowej społeczności).

choinka w Murowańcu

Męskie gadki, delektowanie się mielonką, ćwiczenie węzłów na linie, wymienianie się opiniami o sprzęcie i odzieży górskiej oraz chwila refleksji nad subkulturą EMO (o tak, był na sali pewien jegomość), sprawiło, że czas spędzony w Murowańcu zleciał wyjątkowo przyjemnie. Pierwszy raz udało mi się także sfotografować góralskie „krzyżyki niespodziane” na balustradzie klatki schodowej w schronisku.

obrazek 015

krzyżyk niespodziany Murowaniec

Ten kilkugodzinny „odpoczynek” w Murowańcu postanowiliśmy sobie urozmaicić wyjściem nad Czarny Staw Gąsienicowy. Szlak ze schroniska do stawu jest bardzo przyjemny, tym bardziej, że załapaliśmy się na przejście „letnim wariantem”. Droga prowadziła spokojnie, może momentami lekko pod górkę, przez wschodnie zbocze Małego Kościelca. Gdy dotarliśmy na miejsce, po raz kolejny stanęliśmy przed „ścianą mgły”.

odpoczynek w Murowańcu

Spróbuj sobie wyobrazić, że przed nami znajdują się jedne z najbardziej okazałych szczytów w tej części Tatr – powiedziałem do Przemka. Nie myślałem, że coś może brzmieć aż tak absurdalnie. Oczami wyobraźni widziałem wszystko – każdy wierzchołek, żleb. Widziałem to tak samo wyraźnie, jak w każdy wtorek i piątek widzę siebie pławiącego się w głównej wygranej Lotto. Ale nie ważne. Dla osoby, która ostatni raz w Tatrach była kilkanaście lat temu było to jednak nie lada wyzwanie.

Staw pokryty był co prawda warstwą lodu, ale nie byliśmy pewni, na ile jest ona wytrzymała o tej porze roku. Pomarudziliśmy trochę, zmarzliśmy i podjęliśmy męską decyzję o odwrocie do schroniska. Tak jak wspomniałem, tego dnia z każdego miejsca w górach widok był prawdopodobnie taki sam… Nie podjęliśmy próby zdobycia kompletnie niczego.

Wracając znad Czarnego Stawu Gąsienicowego spotkaliśmy jeszcze 4 osoby (dwie panie oraz dwóch mężczyzn), którzy zapytani dokąd idą odpowiedzieli, że na Zawrat… Godzina ok. 13.00 – 13.30, grudzień, mgła…Wyzwanie.

Cóż, naszym wyzwaniem tego dnia był powrót do cywilizacji, który zaplanowaliśmy sobie przy świetle czołówek. Opuszczając Murowaniec około 16.00 mgła rozwiała się jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, a naszym spragnionym widoków oczom ukazała się malownicza panorama szczytów od Kasprowego Wierchu, przez Świnicę, Kościelec, Granaty i dalej, dalej na wschód. Szkoda tylko, że wszystko to w nikłym blasku księżyca, a nie podczas pięknego, słonecznego dnia.

Tatry nocą

Żeby nieco skomplikować drogę powrotną, po przejściu trasy prowadzącej do Kuźnic przez Skupniów Upłaz i Boczań, przy końcu szlaku odbiliśmy w prawo, w kierunku Doliny Olczyskiej. Nigdy nie byłem w tej części Tatr, a dolinę znałem jedynie, jako miejsce katastrofy śmigłowca TOPR w 1994 roku.

Tego dnia czasy przejścia opisanych tras nie różniły się zbytnio od czasów letnich, podawanych na mapach czy w przewodnikach. Największą atrakcją był chyba powrót po zmroku, a odcinek, który najbardziej dał nam w kość to właśnie zejście przez Dolinę Olczyską i dalej pieszo na Krupówki.

Emocje przyszły dnia następnego…

P.S. Przepraszam za nikczemną jakość zdjęć. Niby telefon nowy, amerykański, a kiepsko się spisał.

Radek na tropie Tatr

8 Sty

Ostatnia wycieczka w Tatry w roku 2012 ze zdroworozsądkowego punktu widzenia nie powinna w ogóle dojść do skutku. Kolejne znaki na niebie i ziemi wskazywały, że może jednak powinniśmy odpuścić sobie poświąteczny trekking. Większość składu chora, samochód „się popsuł”, górskie buty nagle okazały się dziurawe, a do tego tragiczna informacja o wypadku na Świnicy i utrzymująca się lawinowa „dwójka”. Gdyby tego było mało, na dwa dni przed wyjazdem miałem dość dziwny sen. Siedziałem przy ognisku z dwoma znakomitymi himalaistami. Jeden z nich dalej się wspina, drugi zginął tragicznie… Uf, nie ukrywam, że wyjątkowo nie chciało mi się pakować tamtego dnia.

Nie zważając na te niecodzienne znaki, udało się w końcu dotrzeć do Zakopanego. Czas przejazdu odcinka 370 km był iście olimpijski – 11 godzin…

Po przyjeździe na miejsce okazało się, że polską stolicą gór zawładnęła (oprócz turystów z Europy Wschodniej i sylwestrowej młodzieży z centralnej części kraju) gęsta mgła. Plan na następny dzień nie był więc zbyt ambitny. W zasadzie, gdzie by się nie poszło, widoki byłyby takie same, czyli kompletne NIC…

Płonie ognisko i…rękawice

16 Gru

Natchniony potrzebą uporządkowania domowych papierów i niedomykających się od nich szuflad zabrałem się pewnego razu za ostre sortowanie zalegającej dokumentacji. W rezultacie zebrało mi się kilka worków niepotrzebnej makulatury, która nie wchodziła do żadnego z pobliskich śmietników. Opcja pozostała jedna: na stos! Całkiem spora góra papierzysk paliła się dość dziarsko, a ja nie zważając na płomienie ochoczo dodawałem kolejne zwoje ulotek czy starych gazet. Delektując się ciepłem ogniska, nie dostrzegłem jednak, że płomienie zaprzyjaźniły się z moją rękawicą. Rezultat: kilka bąbli na paluchu, przepalona na wylot rękawica w kilka miejsca oraz mocno stopiona górna warstwa materiału praktycznie na całej powierzchni. Ofiara: The North Face Pamir Windstopper Glove.

Przerażony i zły na siebie zgłosiłem się do rodzinnego speca od tego rodzaju usterek – babci. Z postawionej diagnozy wynikało, że „da się coś zrobić”. Rezultat pracy przerósł jednak moje oczekiwania. Jednak nie w dobrym tego słowa znaczeniu. Zamiast kilku punktowych łatek otrzymałem całkiem nowy „kciuk”. Użytemu materiałowi daleko jednak było do polaru, nie wspominając nawet o windstopperze. Jednym słowem nowo naprawiony element rękawicy wyglądał jak po nieudanym zabiegu chirurgicznym. „Monstrum!” – pomyślałem. Ale cóż, trzeba było z tym jakoś przetrwać nadchodzący sezon.

Pierwszy test tego innowacyjnego rozwiązania przyszedł w środku zimy, podczas wyjazdu w Karkonosze. Bez zbędnego rozpisywania się, przyznam, że było „mega zimno w palucha”. Największego szoku doznałem jednak podczas wyjazdu w Tatry pod koniec lutego 2012. Po kilkugodzinnych zmaganiach w drodze na Zawrat, wokół „kciuki” utworzyła się gruba lodowa powłoka, która dodatkowo wyziębiała moją dłoń.

Rękawice, po tym innowacyjnym zabiegu, przetrwały w sumie 4 zimowe wyjazdy w góry. Przyszedł na nie czas. Ostatni raz zobaczą Tatry tej zimy. Następca został już wyłoniony…

Górskiej pasji nie ma końca

17 Kwi

Ostatnio wpadłem na pomysł żeby zbierać „przypinki” związane z górami. Najprościej byłoby zacząć pewnie od kupna takiej dużej, okrągłej, najlepiej dostępnej na Krupówkach z napisem „I |serduszko| Tatry”. Idea kolekcjonowania naszła mnie jednak z nienacka, a do Zakopanego jest trochę daleko.

W niedziele byłem natomiast na targu staroci. Udało mi się namierzyć Pana, który obok całej masy sierpów, zardzewiałych gwoździ i maszyn do szycia, miał wyeksponowane – za małą szybką – kilka owych „przypinek”. A to Olimpiada w Moskwie, a to jakieś „przypinki” nawiązujące do ZSRR i jedna, która zainteresowała mnie szczególnie. Malutka, przedstawiająca 3 ostre szczyty, między którymi ulokowane zostały dwa tulipany. Góry zdobi kolor niebieski, kwiaty czerwony, a dopełenieniem całości jest napis „Фанские горы„. Leżąca w samotności, między pamiątkami z przeszłości, czekała pewnie na mnie. Szybkie oględziny, krótkie negocjacje i …. Kupione.

Kupno to jednak 1/3 drogi do sukcesu. Należało „odszyfrować” jeszcze ten język, który dla mnie jest niczym czytanie z runów czy odczytywanie sygnałów dymnych. A jako, że ominęła mnie możliwość nauki rosyjskiego, z pomocą przyszła mama. „Fanskie Gory” – zabrzmiała tajemnicza inskrypcja.

Przyznaję, że nigdy wcześniej nie spotkałem się z tą nazwą. Trochę próbowałem wyobrażać sobie, gdzie owe góry mogą się znajdować, ale w rezultacie nie przyszło mi do głowy nic sensownego. Pomocny okazał się Internet (a jak!). Z informacji do jakich dotarłem wynika, że góry te znajdują się w paśmie Zerawszan, które przebiega przez część zachodnią Tadżykistanu. Myślę, że temat tego prawdopodobnie najbardziej górzystego kraju Azji Centralnej oraz opis regionu Pamiru pozostawię osobom bardziej doświadczonym, a najlepiej tym, którzy osobiście poczuli atmosferę tamtych stron.

Po rozszyfrowaniu nazwy i przekopaniu zasobów sieci, przyszedł czas na odgadnięcie, które ze szczytów przedstawione zostały na „przypince”. Nie chciałem popełnić false startu i zwróciłem się z zapytaniem do jednej z federacji górskich z tamtego regionu. Ale minęło kilka dni, a odpowiedzi brak.

Zaryzykowałbym, że trzy szczyty przedstawione na „przypince” to prawdopodobnie najwyższe szczyty w opisywanych górach. Chimtarga (5487 m n.p.m.), Big Ganza (5306 m n.p.m.) oraz Bodkhona (5138 m n.p.m.). Nie mam oczywiście takiej pewności i może fantazja poniosła mnie zbyt daleko. Jednak jeśli ktoś ma doświadczenie lub wiedzę o rejonie, będę wdzięczny za dodatkowe informację. Jednocześnie zachęcam do zgłębiania tematu gór Azji Centralnej.

10 minut do szczytu – Pilsko (1557 m n.p.m.)

8 Mar

Zebranie się z bazy noclegowej w Żywcu zajęło nam wyjątkowo dużo czasu. Mimo że wstaliśmy stosunkowo wcześnie, bo już po 7.00, to „ostatkowy” wieczór nieco spowolnił nasz temperament i ostudzał entuzjazm wyjścia na szlak. Bez zbędnego pośpiechu zjedliśmy więc zaserwowane śniadanie, delektując się filiżanką kawy / herbaty. No tak, Pilsko nie ucieknie. Nie ważne, że do domu jeszcze 270 km…

Tak więc wyjątkowo spokojnie zebraliśmy się w końcu, obierając kierunek na Korbielów. Na miejscu, nie bardzo świadomi jak biegnie szlak na szczyt, zdecydowaliśmy się na wyprawę brzegiem lasu, wzdłuż nartostrady. Pierwszym celem była Hala Miziowa (1300 m n.p.m.). Nasza trasa biegła przez Solisko (874 m n.p.m.), dalej przez Halę Buczynka, a następnie odbijała na prawo, w miejscu gdzie zielony szlak narciarski łączy się z niebieskim. W zasadzie to nie pamiętam, dlaczego nie wysililiśmy się, żeby zapoznać się z tradycyjnym szlakiem. Udało nam się jednak bez większych problemów dotrzeć na Halę Miziową, podążając niebieską trasą narciarską. Po drodze uniknęliśmy co prawda słów nienawiści z ust szusujących narciarzy, ale groźne spojrzenia i ostre krawędziowanie tuż przy obranej przez nas trasie pozwalały czasem poczuć, że jesteśmy w miejscu nie przeznaczonym do pieszych eskapad.

W schronisku PTTK postanowiliśmy nie rozsiadać się za bardzo. Ciepła herbata i kilka smakołyków miało wystarczyć przed wyruszeniem w kierunku szczytu. W związku z bardzo dużą ilością śniegu najlepszą opcją było ruszyć przed siebie, skrajem ubitej nartostrady. Na Kopiec (1399 m n.p.m.) trasa biegła ostro pod górę i już na tym odcinku nasza drużyna podzieliła się. Wojownicy – Lucky 1 i Stasiu pognali przed siebie, natomiast Ja z Przemkiem delektując się widokami, mozolnie wdrapywaliśmy się po śladach „uciekinierów”.

Od momentu wyjścia ze schroniska, aż do powrotu rejestrowałem wyprawę kamerą. Niestety, jeszcze nie otrzymałem filmu z powodów technicznych, więc pewnie dopiero za jakiś czas umieszczę go, jako jako materiał „exclusive”.

Ostatni (jak mi się wydawało) odcinek na Pilsko prowadził trawersem całkiem stromego zbocza. Oprócz sporej ilości śniegu, od pewnej wysokości zaczęło występować też oblodzenie. Na takich mini polach lodu można było zaliczyć ładny poślizg i lot z prędkością, która mogłaby zawstydzić niejednego z narciarzy. Na szczęście obyło się bez takich ekscesów. Własnym tempem dotarliśmy z Przemkiem do końcowej stacji wyciągu na Pilsko, gdzie tętniło życie i przewijali się rywalizujący ze sobą śmiałkowie w zawodach o Puchar Pilska. Jednak kontakt wzrokowy z „wojownikami” urwał się i pozostało nam intuicyjnie podejść jeszcze za wyciąg w nadziei, że zobaczymy naszych towarzyszy czekających na szczycie. Ku naszemu (albo tylko mojemu) zdziwieniu okazało się jednak, że wierzchołek Pilska znajduje się jeszcze jakieś 10 minut drogi przed nami.

Bez zbędnego tragizmu przyznam się, że nie pokonałem tych ostatnich kilkuset metrów. Byłem zbyt zmęczony zapadaniem się w głębokim śniegu, a dodatkowo silny wiatr i zimno osłabiły mój zapał do dalszej wędrówki. Ten dzień nie należał do mnie, o czym przekonać się miałem spędzając kolejny tydzień z gorączką w łóżku. Zeszliśmy więc z Przemkiem do górnej stacji wyciągu i oddając się pogawędce z goprowcem, czekaliśmy cierpliwie na resztę drużyny, która w tym czasie dokumentowała swoje wejście na Pilsko.

Droga powrotna była prawdziwym szaleństwem. W swoim asortymencie posiadaliśmy 50l worki na śmieci, które Stasiu zorganizował w schronisku. Tym razem niedzielna odsłona „siatkingu” była prawdziwym wyzwaniem, a na samym dole znaleźliśmy się po blisko 45 minutach mrożących krew w żyłach zjazdów.

Rękawice Monkey’s Grip NEO II – postawiłem na coś nowego

29 Gru

Moje szczęśliwe rękawice The North Face troszkę ucierpiały podczas ubiegłorocznej wyprawy na narty i po części zmuszony byłem zainwestować w jakąś nową parę. Nie jest co prawda najgorzej, bo swoje właściwości jeszcze spełniają, ale jak mocniej zawieje to przez kilka powstałych „dziurek” wiatr wkrada się między palce. Na tak zwane „dotarcie” rękawice się nadają, ale wypadałoby pomyśleć o jakiejś rezerwowej parze w razie „W”.

A że zima w tym roku nas mocno rozpieszcza, zainwestowałem w rękawice raczej lekkie, techniczne. Wybór padł na Monkey’s Grip NEO II. Nie zasięgałem nigdzie wcześniej opinii na temat tego produktu, jednak, jako że nie jestem szczególnie przywiązany do jednej marki (jeszcze) postawiłem na coś nowego.

Po pierwszym kontakcie z rękawicami, zaraz po otworzeniu przesyłki, zaskoczyły mnie swoją lekkością. Główny materiał, z którego wykonany jest model NEO II, stanowi Windstopper. Wśród jego właściwości należy wymienić przede wszystkim bardzo dobrą oddychalność, długotrwałą nieprzepuszczalność wody, wytrzymałość i odporność na wytarcia oraz przede wszystkim wiatroszczelność. Do tego dochodzi wspomniany bardzo mały ciężar własny. To tyle w kwestii materiału. Czas na bardziej subiektywny opis.

W mojej ocenie na uwagę zasługują ściągacze w rękawicy. Sięgają kilka centymetrów poza nadgarstek, przez co rękawica wygodnie wchodzi pod kurtkę. Ponadto materiał w tej części dobrze przylega do ciała i nieproszone zimno nie wślizguje się „od góry”.

Dodatkowo solidne szwy na palach, a w środku delikatne wykończenia. Ciekawą sprawą jest wzmocnienie wykonane z koziej skóry. Wzmocnienie wprowadzone zostało po wewnętrznej stronie dłoni i podstawie kciuka oraz palca wskazującego. Ponadto, na końcach palców znajdują się kolejne wzmocnienia, których rolą jest zapewne podniesienie wytrzymałości rękawic i uodpornienie ich na przetarcia w tych okolicach.

Jeśli chodzi o testowanie rękawic, to nie ma co ukrywać, że na razie warunki pogodowe są dość skromne żeby w pełni ocenić produkt. Do tej pory zdążyłem wybrać się jedynie na rower. Na tym etapie użytkowania mogę stwierdzić, że bardzo dobrze spełniają swoją rolę chroniąc przed wiatrem. Również skutecznie odprowadzają też nagromadzoną, podczas tego rodzaju wysiłku, wilgoć z powierzchni dłoni. Tak więc przy aktualnych temperaturach komfort cieplny pozostaje zachowany. Z kolei dzięki wspomnianym wzmocnieniom w części chwytnej kierownica roweru nie ślizgała się w dłoni.

Liczę, że podczas trekkingu kijki również wygodnie będą leżały w ręce. Na pierwszy większy test rękawic przyjdzie czas mniej więcej w połowie stycznia 2012 roku podczas wejścia na Śnieżkę (1602 m n.p.m.). Mam nadzieję, że w dużym śniegu…

Producent: Monkey’s Grip
Model: NEO II
Cena: 119 PLN

%d bloggers like this: